Po sniadaniu mamy zwyczaj chodzić do "przyjaciółki" Zosi - małej Olgi (miesiąc młodsza od Zosi). Olga mieszka po drugiej stronie korytarza - mamy spory kawałek do przejścia, który zwykle pokonujemy etapami.
Etap 1 - do zakrętu idziemy spokojnie. Pod koniec etapu wrzask oznaczający "otwierać drzwi, zaraz u was będę".
Etap 2 - uciekamy mamie w stronę klatki schodowej (dobrze, że na schody są ciężkie, stale zamknięte drzwi) krzycząc "tata! tata!" (tata urządził sobie tam palarnię i czasem Zośka do niego próbuje iść)
Etap 3 - na ostatniej prostej mama goni Zosię, Zosia po chwili zwalnia i oglądając się pozwala złapać (z ogromnym wrzaskiem - aż czasem któryś z sąsiadów wyjdzie sprawdzić, co się dzieje), potem jest śmiech, że aż czasem powala nas na podłogę, po czym wstajemy i przechodzimy do etapu4.
Etap 4 - powtórka z Etapu 3.
Etap 5 - meta. Stukanie w hydrant, okrzyk radości i walenie pięścią w drzwi do Olgi, która już czeka po drugiej stronie (nie możemy gwałtownie otwierać drzwi). Potem mamy piją herbatkę, obgadują ważne sprawy (albo i nie), a maluchy się bawią (=kłócą o zabawki).
Najlepsze z tych wizyt (oczywiście, to wszystko działa w dwie strony, w zależności, która panna zrzuci z łóżka rodziców jako pierwsza) jest to, że jak dziewczyny są razem, to są takie grzeczne, nie bałaganią tyle, co każda z nich osobno, no i można przy nich coś zrobić w domu (nie łazi taka za mamą i nie patrzy, co by się jeszcze nadawało do zabawy).
Komentarze moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto
Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto
Śledź bloga: RSS Dodaj do ulubionych blogów
świetne sprawozdanie:)